Na początku ubiegłego roku świat obiegła wiadomość o premierze w salonie w New Delhi najtańszego samochodu świata – Taty Nano. Bylem pełen podziwu dla Hindusów, ponieważ własnymi silami stworzyli swój samochód dla ludu, mimo że doświadczenie w produkcji aut mają niezwykle małe, bo tylko 11-letnie. Nano bardzo mi się spodobało. Fakt, nieco  dobitnie od Daewoo Matiza przypomina żelazko, ale jest śliczne. Pewne jest już jednak, że zostało legendą motoryzacji.

Do produkcji Volkswagen dla Hindusów  miał wejść pod koniec 2008 roku, niestety perypetie związane z protestami rolników z powodu nie otrzymania odszkodowań za zabrane im ziemie spowodowały, że pierwsze egzemplarze zjadą z taśm dopiero w marcu. Planowana wielkość produkcji jest szacowana na milion sztuk rocznie.

Dwa dni temu oglądałem pierwsze zdjęcia Nano w wersji europejskiej i… bylem załamany. Skromny, ale śliczny karzel przerodził się w bojowo wyglądającego bolida z nienaturalnie długimi zderzakami. Od razu przypomniał mi się Fiat Ritmo w wersji amerykańskiej, który niestety również miał ten sam problem związany ze zderzakami.

Doszedłem do wniosku, że normy są dobre, ale dla niektórych śmiałych projektów są po prostu zabójcze. Użyję tutaj smutnego porównania – gdyby sąd w Polsce zgodził się na eutanazję osoby w stanie wegetatywnym, to od razu posypałaby się lawina podobnych próśb. I tak samo jest z Nano – gdyby KE dopuściła do sprzedaży wersję hinduską, wszyscy zaczęliby kwestionować sens istnienia EURO-NCAP, norm Euro czy wielu innych. A co by nie mówić, to dzięki nim przeżyło wielu ludzi…

Dobrze, że chociaż zostaje możliwość indywidualnego importu z Indii, bo szczerze mówiąc – to właśnie nie spełniający wszelki norm oryginał stanie się legendą, a nie jakiś przerośnięty bolid…

A oto parę zdjęc, pochodzących ze strony cochespias:

x122737

nanoeuropa1

nanoeuropa

oraz filmik ze strony Auto Świata: