Samochody Volvo cieszą się dużym uznaniem. Są solidne, duże, rozpoznawalne, ale przede wszystkim do bólu bezpieczne. Za tą ostatnią cechę kocha je wielu ocalałych w wypadkach kierowców, nawet jeśli mowa o modelach serii 300 odziedziczonych po DAF-ie. W latach 90., ze względów prestiżowych, pokochał je także Ford, który przejął markę. Dziś jednak dla koncernu z Detroit jest kulą u nogi. Powodem jest oczywiście kryzys, wciągający Forda w ogromne tarapaty finansowe.

Jako pierwszy ofertę kupna złożył Changan. Nazwa nasuwająca skojarzenia z Chinami. I słusznie. Firma ta współpracuje z Fordem. Ten dla Chińczyków skonstruował nawet model CV6. I tutaj pojawiają się glosy wielu przeciwników. Jeżeli chodziłoby nawet o Zastavę, to fakt przejęcia tej marki przez Chińczyków zasługiwałby na półsekundowa wzmiankę jedynie w serbskich mediach. Ale to Volvo, marka prestiżowa i uznana. Dla wielu osób grzechem byłoby nabycie jej przez Chińczyków.

Ale dla mnie nie jest. Ford jest sam sobie winny. W USA oferował praktycznie auta z widlastymi ósemkami. Z mniejszych oferował jedynie Focusa, który u nich jest tak ohydny, że nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że on także zalega w magazynach wraz z pikapami serii F. Musi więc pozbywać się swoich kryształów, nie ważne w jakie ręce, ważniejsze jest przecież przetrwanie. A bez pieniędzy nie da się tego zrobić.

Gdyby Chińczycy przejęli Volvo, to byłaby to nie tylko najbardziej kontrowersyjna transakcja tej dekady. Kupno Jaguara i Land Rovera przez hinduską Tatę to przy tym nic. Technologia Szwedów znacznie przyspieszyłaby gonitwę za europejską konkurencją. To przejęcie jest byc może pewnym sposobem, aby chińskie auta stały się w końcu bezpieczne.

A sam kupilbym Volvo. I nie ważne, że dotowalbym już nie wolną, a autorytarną gospodarkę